Tekst naukowy

5 kroków, od których zaczynam pracę nad nowym tekstem naukowym

Jak zabieram się za nowy tekst naukowy? Czego potrzebuję, aby zacząć? I jak się ma do tego porządek na biurku? Już odpowiadam!
Zabieranie się za zupełnie nowym tekst naukowy różni się nieco od powracania do tekstu już rozpoczętego. To trochę jak z wyjściem na umówione spotkanie. Kiedy idziemy spotkać się z kimś, kogo nie widzieliśmy nigdy na oczy, przygotowujemy się odrobinę bardziej. Chcemy dobrze wypaść i pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. Co więcej, przygotowujemy się na wiele możliwych scenariuszy, według których może potoczyć się nasz meeting.

Rozpoczęcie pracy nad nowym tekstem także wymaga nieco więcej przygotowań, odpowiedniego stanu umysłu i warunków pracy. Powrót do pisania już rozpoczętego dokumentu przypomina z kolei spotkanie z kimś już nam znanym. Kimś, kto zaakceptuje lekki chaos wokół nas i nie najlepszy humor. Mamy już jakąś nic porozumienia.

Chciałabym zająć się dzisiaj tym pierwszym scenariuszem. Opowiem ci, jak ja zabieram się za każdy nowy tekst naukowy.

1. Robię porządek na biurku

Nuda, co? Tak profesjonalnie, że aż nudno!

To zdradzę ci w sekrecie, że porządek na biurku mam w zasadzie tylko w tej fazie. W fazie pierwszego podejścia do nowego tekstu. Później dzieją się już wokół mnie zupełnie szalone rzeczy.

Sęk w tym, że bałagan nie pozwala mi zebrać i uporządkować myśli. W związku z tym, na początku najważniejsze jest dla mnie to, żeby jak najbardziej ograniczyć bodźce. O wiele łatwiej jest mi zacząć, kiedy czuję, że mam kontrolę nad przestrzenią wokół mnie, a w rezultacie – na to liczę – kontrolę nad własnym tekstem. Jak już ruszę i wciągnę się w pisanie, jest mi zupełnie obojętne co się wokół mnie dzieje.

2. Załatwiam najpilniejsze sprawy

Ten krok pomaga mi osiągnąć dwa cele. Z jednej strony, podobnie jak w przypadku porządku na biurku, pomaga mi zachować spokój podczas pisania. Jeśli będę cały czas myśleć o meilu, który czeka na odpowiedź, albo pilnym telefonie, którego nie wykonałam, nie będę w stanie skoncentrować się na pisaniu. Jeśli wykonanie zadań z listy najpilniejszych spraw nie zajmie mi dłużej niż pół godziny, zaczynam pracę właśnie od nich. Później z czystym sumieniem mogę już w pełni koncentrować się na tekście. Większe – choć niejednokrotnie równie pilne sprawy – zostawiam na później. Nie chcę przecież odwlekać pisania w nieskończoność!

Jeśli do kategorii najpilniejszych spraw zaliczymy także potrzeby fizjologiczne, to krok ten pomaga nam osiągnąć jeszcze jeden cel. Jest nim ograniczenie bodźców i zredukowanie możliwości oderwania się od tekstu w krótkim czasie. Dlatego też nigdy nie zabieram się do pisania głodna, spragniona, senna albo rozdrażniona. Dotyczy to również pisania w bibliotece. Zdarza się to rzadko, niemniej każde wyjście wiąże się z zabraniem absolutnie wszystkiego, co pozwoli na długi okres skupienia. Kawa, herbata, przekąski, wygodne ubranie, itp.

Znam siebie, wiem, że nic z tego nie będzie. Jeśli nie zaspokoję tych podstawowych potrzeb, jestem pewna, że za chwilę któraś z nich doprowadzi do tego, że przerwę pisanie, a tego przecież chcę uniknąć. Na ten temat pisała też m.in. Natalia z LifeGeek w tym artykule. Zaliczyła ona świadomość siebie do tych elementów, które ułatwiają tworzenie warunków do pracy w skupieniu.

Tekst naukowy - to do list
3. Gromadzę tylko najbardziej potrzebne materiały

Ogrom dostępnych źródeł przytłacza. Powinniśmy chyba porzucić nadzieję, że uda nam się przeczytać wszystkie pozycje z naszej dziedziny naukowej. Nie wspomnę już o tych, które są poza głównym nurtem naszych zainteresowań, ale „warto by było znać”. Dostrzegając ten smutny fakt, nie jestem zwolenniczką rozpoczynania pisania pod warunkiem zgromadzenia wszystkich niezbędnych materiałów. Bo co to znaczy wszystkich niezbędnych? Gdybyśmy chcieli zgromadzić i od deski do deski przeczytać wszystkie potrzebne do naszej pracy źródła, nigdy byśmy jej przecież nie napisali! Pisałam na ten temat nieco więcej w tym artykule.

Wychodzę z założenia, że żeby zacząć nowy tekst naukowy, wystarczy mieć pod ręką kilka kluczowych pozycji, co do których mamy pewność, że je wykorzystamy.

Mieć pod ręką, oznacza tutaj kupienie lub wypożyczenie egzemplarzy stosownych książek, ale też wydrukowanie lub nawet tylko pobranie na komputer elektronicznych wersji potrzebnych nam raportów lub artykułów. Ich wykorzystanie oznacza z kolei, że mogą nam się one przydać do zacytowania, albo np. mogą stanowić zapis badań innych autorów, na których wyniki się powołujemy. W końcu mogą też one zostać wykorzystane jako punkt wyjścia do zajęcia pewnego stanowiska w naukowej debacie: rozpoczęcia naukowego sporu, albo wręcz przeciwnie – okazania aprobaty.

Całą resztę materiałów, która już w trakcie pisania okazuje się niezbędna do dalszej pracy, szukam już w trakcie jej pisania. Nie zauważyłam, żeby taka procedura źle wpływała na jakość procesu tworzenia nowego tekstu. Pozawala natomiast cieszyć się z tego, że coś już powoli pojawia się na tej pustej kartce papieru.

4. Ustalam plan (a przynajmniej wyznaczam deadline)

Ten krok jest o tyle ważny, że moim prywatnym deadlinem nie jest data oddania tekstu, wskazana przez osoby oczekujące na ten tekst. Nigdy. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła w „godzinie zero” wysłać tekst, który skończyłam pisać przed kilkoma minutami.

Od wskazanego przez redakcję / promotora terminu złożenia gotowego tekstu, odejmuję kilka, kilkanaście dni.

Są mi one potrzebne z dwóch powodów. Przede wszystkim po to, żeby pokazać tekst kilku bliskim mi osobom. Stephen King nazywał takie osoby Idealnymi Czytelnikami. Sam takiego miał i zalecał znalezienie takiego Czytelnika wszystkim pozostałym pisarzom.

Wiele podręczników pisania ostrzega przed zwracaniem się do przyjaciół z prośbą o przeczytanie tekstów. Ich autorzy twierdzą, że ludzie, którzy jadają obiady w naszym domu i których dzieci bawią się z naszymi, raczej nie wydadzą nam obiektywnej opinii. (…). Jest w tym trochę racji, ale przecież tak naprawdę wcale nie chodzi mi o obiektywną opinię.

Stephen King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, Warszawa 2001, s. 172-173.

Wierzę, że pokazanie gotowego tekstu innym osobom – nawet jeśli nie wniesie to do tekstu nic merytorycznie istotnego – jest bardzo ważnym krokiem. Czasem chcę w ten sposób tylko wybadać, czy tekst nie zawiera żadnych nieścisłości. Czasem natomiast usiłuję sprawdzić, czy fragmenty tekstu, które miały wywołać określoną reakcję, faktycznie ją wywołują. Więcej o tej procedurze pisałam w tym artykule dotyczącym recenzji koleżeńskiej.

Dodatkowy czas przed właściwym deadlinem jest potrzebny także dla mnie. Ja też muszę przeczytać kilkukrotnie mój tekst naukowy. Na to potrzebuję czasem całkiem sporo czasu, zwłaszcza, jeśli po skończeniu pisania nie jestem do końca zadowolona z tego, co powstało. Jestem wyjątkowo surowym krytykiem moich własnych prac. W związku z tym, podczas takiego ponownego czytania może wydarzyć się jeszcze sporo rzeczy – od zwykłych poprawek stylistycznych, aż po kompletne przetasowanie układu akapitów, a nawet rozdziałów.

Wszystkie te kroki uwzględniłam w checkliście, którą możesz pobrać po zapisie na mój newsletter. O tym, co ona zawiera pisałam więcej na Instagramie:

5. Przygotowuję dokument tekstowy

Chyba nigdy nie zaczęłam żadnego tekstu od razu od pierwszego zdania pierwszego akapitu. Zwykle przygotowuję dokument tekstowy pod konkretne wytyczne. Prace dyplomowe mają swoją specyficzną strukturę, tak samo zresztą artykuły naukowe. Zaczynam od rozpisania sobie tej struktury w pustym dokumencie. Jeśli mam już pomysły na tytuły poszczególnych rozdziałów, również je zapisuję.

Nie wiem jak ty, ale ja zaliczam ten krok do właściwego okresu pracy nad tekstem. Dlaczego? Bo wreszcie coś pojawia się na papierze!

Jeśli piszę tekst naukowy do tzw. publikacji pokonferencyjnej, pracy zbiorowej albo czasopisma naukowego, sprawdzam dokładnie wymogi edytorskie dotyczące struktury i budowy tekstu. Jeśli redakcja wymaga, aby przed głównym tekstem pojawiły się takie elementy jak abstrakt, abstrakt w języku obcym, słowa kluczowe, biogram, itp. – robię miejsce na te elementy w moim dokumencie tekstowym. Nie oznacza to, że od razu je uzupełniam. Daję sobie tylko sygnał, że w tym i tym miejscu, ma się pojawić jakiś konkretny element.

Następnie sprawdzam wytyczne dotyczące długości tekstu i odnotowuję preferowaną formę cytowania, tworzenia przypisów i bibliografii. Wiedząc na ile znaków, słów lub stron „mogę się rozpędzić”, zapisuję słowo „wstęp” i zabieram się do właściwego pisania.

Potem już leci!

*

A ty? Jak przygotowujesz się, zanim zaczniesz pisać nowy tekst naukowy? A może łapiesz flow bez żadnych zbędnych przygotowań? Daj znać w komentarzu poniżej!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.